wtorek, 4 marca 2014

Róże w koszu na płótnie i historia pewnych darowanych niteczek

Moja pierwsza krzyżykowa praca na płótnie zakończona. Może nie jest to wyjątkowo ambitny wzór, ale myślę, że wyszywanka fajnie wyszła.
Róże w koszu na płótnie

   Wzorek, to zrobione kiedyś ksero z jakieś gazetki, najpewniej szydełkowej. Doboru kolorów dokonałam sama. Co do nitek: niebieski kordonek (kosz), zielona mulina Ariadny (listki) i biała nitka z rozpuszczonego sweterka (róże). 
A z tym kordonkiem i mulinką wiąże się fajna historia. W wakacje ubiegłego roku, pewna starsza pani podeszła do mojej mamy i tak od słowa do słowa zaczęły rozmawiać o hafcie. Następnym razem ta sama starsza pani "przytachała" ze sobą reklamówkę i zapytała czy mama nie obraziłaby się i przyjęła od niej kilka serwetek, poszewek haftowanych. Mama się zgodziła, a jak zajrzała do środka okazało się, że oprócz tych wspomnianych rzeczy, pół tego pakunku stanowią kordonki i muliny! Starsza pani stwierdziła, że ze względu na kręgosłup i słaby wzrok, nie da rady już zrobić z nich pożytku, więc może mama jakoś je zagospodaruje? I takim sposobem niteczki trafiły do mnie. Mają etykiety Ariadny i Fabryki Nici Odra. Dla mnie tym bardziej cenne, bo podarowane od serca, a na dodatek są to muliny, czy kordonek z cenami na etykietach sprzed denominacji, z czasów kiedy Ariadna nie miała jeszcze takiego bogactwa kolorów. W zasadzie prawie w każdym hafcie dobieram kolory sama, więc na pewno je wykorzystam. Tym bardziej, że nitki nadal jak najbardziej nadają się do wyszywania, jak widać na zdjęciu powyżej. 


Darowane "wiekowe" niteczki

A na koniec jeszcze zamieszczam wyszyty przeze mnie wzór, gdyby ktoś chciał skorzystać. Niestety jest to zdjęcie (poluję na razie na urządzenie wielofunkcyjne m.in. ze skanerem), więc nie wiem tylko czy po wydruku wzorek będzie widoczny. Rozpiski kolorów nie posiadam.

Róże w koszu
A tymczasem synek prosi, żeby pójść na podwórko (tam też ostatnio działam przy rabatko - skalniaczku), więc uciekam i pozdrawiam.

poniedziałek, 3 marca 2014

Wyszywane kobietki

   Ostatnio czas leci jak szalony i w ciągu ostatnich dni miałam dosłownie chwilkę, żeby pozaglądać na obserwowane blogi i zostawić Wam ślad w postaci komentarza :) Na mój jakoś czasu nie wystarczyło. Ale nie żebym próżnowała, co to to nie. Niedawno skończyłam, jak na razie ostatnią, z moich wyszywanych kobietek. Jest oprawiona, więc mogę się już wszystkimi pochwalić.
   Do tej pory powstały trzy krzyżykowe kobietki. Na początek "Portret damy", chociaż powstał jako drugi. Wzorek pochodzi z HP 2/2006. Dama z wachlarzem od razu mi się spodobała i naprawdę bardzo szybko udało się ją wykrzyżykować. Troszkę improwizowałam z kolorami nici. Dziś nie jestem zadowolona z tego ciemnego tła, ale wtedy miałam sporo tych brązów i właśnie z takiego tła dama się wyłania. Ale na nasze-hafty.pl widziałam tę damę z jasnym tłem i chyba zdecydowanie lepiej to wyglądała. No cóż - moja jest właśnie taka i też swój urok ma :)
Portret damy

   Kolejne dwie kobietki to ta, która powstała dawno temu, jako jedna z pierwszych moich prac i została przeze mnie nazwana "Dziewczyną z kotkiem" oraz ta nieszczęsna, którą dokończyłam ostatnio i nazwałam "Kobietą grającą". 
Swego czasu w centrum Białegostoku był bardzo fajny bazar położony przy ulicy Jurowieckiej. (Kto mieszka na Podlasiu wie o czym mowa :p ). Można tam było kupić dosłownie wszystko w przystępnej cenie. Często też pojawiali się handlarze zza wschodniej granicy. Między innymi można było niemal za grosze kupić u nich mulinkę (już nie pamiętam nazwy, ale kolory były wyjątkowo żywe i tej nitki było więcej w moteczku) i kanwy z nadrukowanym wzorem. Niektóre panie miały nawet przepiękne serwety, serwetki robione na szydełku. Było na czym przysłowiowe oko zawiesić. Właśnie podczas jednej z wypraw na ten bazar,  kupiłyśmy sobie z mamą, po takiej kanwie z nadrukowanym wzorem i dobrałyśmy do niech kolory.
 Moja "Dziewczyna z kotkiem" powstała dość szybko, szczególnie w porównaniu z tą mamy :). To był mój pierwszy obraz wyszywany na nadrukowanej kanwie. I dziś z całą pewnością mogę powiedzieć, że wolę wyszywać na czystej kanwie i ze wzoru. Obraz wisiał w panieńskim pokoju, a teraz dołączył do galerii w moim nowym domku.
Dziewczyna z kotkiem

 Mama zaczęła "Kobietę grającą", ale chyba jakoś nie miała serca do tego rodzaju haftu. Pamiętacie? Pisałam już, że to raczej specjalistka od haftu płaskiego/kładzionego. I tak, ta biedna, nieszczęsna "Kobieta grająca", rozciągnięta na drewnianej ramce do wyszywania - blakła na słońcu i kurzyła się niemiłosiernie ładnych parę lat. A w tym roku po świętach nie wytrzymałam i zaproponowałam, że zabiorę wyszywankę, dokończę ją i trafi do mojej galerii. Tak też się stało. Trochę razi mnie tylko ta pstrokacizna kolorów, ale sporo było już wyszyte i niewiele dało się już zrobić. Starałam jakoś to stonować czernią włosów i czerwienią w sukni. No i jest jeszcze ten misz masz krzyżyków (każdy w inną stronę), ale na to też nic nie poradzę. Szczególnie, że podczas poprawiania "gitary" (po wypruciu części nitki) okazało się, że nadrukowany wzorek również wyblakł. Efekt końcowy nie jest chyba jednak taki najgorszy ;D


Kobieta grająca


Udało mi się także skończyć mój pierwszy haft na płótnie i zaczęłam prezencik urodzinowy dla siostrzenicy, ale o tym już w kolejnym poście. Do zobaczenia :)

czwartek, 27 lutego 2014

Tłusty czwartek - faworki


Powiedział Bartek,
że dziś tłusty czwartek,
a Bartkowa uwierzyła,
dobrych chrustów narobiła
- wszystkiego smacznego z okazji tłustego.

Faworki

 Już wczoraj "szalałam" w kuchni, żeby dziś tylko jeść. W tym roku u mnie faworki. Oczywiście ile gospodyń, ile książek kucharskich tyle przepisów :) Poznajcie, więc i mój :p

Do miski (kupiłam sobie większą specjalnie do zagniatania ciast) wrzucam 1/2 kg mąki tortowej, 2 łyżki stołowe cukru pudru, 180g śmietany 18%, 5 żółtek, dużą łyżkę masła. Wyrabiam ciasto łapkami, a w miarę wyrabiania składniki ładnie się łączą. Teraz najlepsze :) Kiedy wszystkie składniki tworzą jednolitą masę zaczynamy "relaksacyjne (dla nas) tłuczenie" :) Mówię całkiem serio i przedstawiam dwie opcje: pierwsza, gdzie ciasto można bić wałkiem, albo druga (najlepsza na skołatane nerwy), gdzie ciasto boksujemy łapkami ile fabryka dała :) Tak naprawdę chodzi o to, że ciasto się napowietrza i faworki będą bardziej puszyste :)



Składniki faworkowego ciasta











Relaksacyjne "boksowanie"
Gotowe ciasto (buźka nie konieczna)












Następnie oddzielam od całości kawałek ciasta i rozwałkowuję go na cienki placek (i tu podpowiadajka - im cieńsze ciasto tym faworek bardziej chrupiący). Wykrajam z niego  paski o szerokości 3 cm, a później każdy pasek dzielę na prostokąty ok 7cm długości (tak naprawdę to od was zależy jak duże faworki maja być). Robię, też troszkę małych dla mego syneczka :) U mnie brzegi faworka są pofalowane, bo używam radełka, ale można tez posłużyć się nożem. Robię nacięcie po środki każdego paska i zawijam górę prostokąta do środka przez dziurkę i na zewnątrz :)


Cięcie i formowanie

 Tak przygotowane faworki smażę na patelni, na oleju (moim kochanym rzepakowym), na średnim ogniu (5-6 indukcja) z obu stron. Tu uwaga, z racji dodanego cukru faworki mogą się szybko przypalać. Podobnie jeśli ciasto jest bardzo cieniutkie. Po usmażeniu odkładam na papierowy ręcznik do odsączenia nadmiaru tłuszczu, a gdy lekko wystygną posypuję faworki cukrem pudrem (najlepiej przez sitko, bo wtedy cukier puder jest taki drobniutki jak mgiełka).


Smażenie i odsączanie z nadmiaru tłuszczu







Posypywanie cukrem pudrem















Z podanej ilości składników zrobiłam ok 80 sztuk faworków. A efekt końcowy jest taki :) Smacznego!


Faworki

Na koniec jeszcze ślicznie Wam podziękuję za to, że:
  •  mnie tu odwiedzacie, 
  • dodajecie mojego bloga do obserwowanych,
  • zostawiacie przemiłe komentarze,
  • mam możliwość podziwiania Waszych prac.
Serdecznie pozdrawiam i dziś chociaż wirtualnie, każda z Was kochane dostaje ode mnie faworeczka!

wtorek, 25 lutego 2014

Nieśmiałe kroki wiosny, troszkę krzyżyków,szkatułka i nowe czytadło

   Dzwoneczki na moim rabatko-skalniaku chyba zwariowały. Wieczorem, w nocy, nad ranem przymrozki a im już się spieszy do słoneczka :) Już wkrótce będę mogła zagospodarować całą tę moja rabatkę i już nie mogę się doczekać, kiedy to nastąpi :)

Pierwsze wiosenne dzwonki


   A jak mnie tutaj z Wami nie było, to udało mi się wyhaftować kilka nowych krzyżyków na tej mojej pierwszej pracy na płótnie. Jeszcze parę listów i dwie róże i wzór będzie kompletny. Ale myślę, że coś do niego dodam. Może motyle? Powstaje też zakładka do książki, strasznie topornie mi to idzie. Pewnie dlatego, chociaż pochłaniam mnóstwo książek, to ciągle zakładam je kartką papieru albo kartą biblioteczną. Też, tak jak ja niecierpicie, jeśli ktoś niszczy książki zaginając ich strony, albo, co gorsza, znacząc je na przykład długopisem?

Kilka nowych xxx na płótnie

   A jeśli jesteśmy w klimacie czytania, to pochwalę się, że "Dziecko" T.L. Hayden już za mną. Oj dawno żadna książka tak mnie nie poruszyła jak ta. Chwilami miałam łzy w oczach, że też dzieciom przydarzają się takie rzeczy...Jeśli kiedyś książka wpadnie Wam w łapki to zachęcam do przeczytania i bardzo polecam.  Tymczasem po odwiedzinach w bibliotece, dziś rano (wstałam nad ranem z mężem, który wyjechał w delegację ;( i już nie mogłam zasnąć) zaczęłam czytać "Wilki w modnych ciuszkach" C. Karasyov, J. Kargmon. Książka bardzo podobna tematycznie do "Diabeł ubiera się u Prady" D. Weisberger. Sprzedawczyni ze sklepu z biżuterią przypadkiem zostaje wprowadzona w świat nowojorskiej socjety. I podobnie jak w "Diable...", królują tu fałszywe przyjaźnie, małżeństwa dla pieniędzy, intrygi, fałsz i gra pozorów. Za mną już 115 stron, strasznie lekko i szybko się tę książkę czyta.


"Wilki w modnych ciuszkach" C. Karasyov, J. Kargmon.j napis
   
   A na koniec jeszcze pochwalę się takim oto skarbem, który wczoraj trafił w moje łapki :) Piękna, drewniana szkatułka. Może coś do niej włożę, a może będzie tylko, (albo aż) ozdobą :) Uwielbiam takie rzeczy :)


"Zdobyczna" drewniana szkatułka

 Pozdrawiam cieplutko i wiosennie :)

sobota, 22 lutego 2014

Placuszki z gotowanych ziemniaczków.

Dziś coś naprawdę banalnego i prostego, ale jakiego pysznego :) Na taki dzień jak dziś - "porządkowa" sobota - jak znalazł. Jakiś czas temu na jednym z obserwowanych przeze mnie blogów (nie mogę teraz niestety znaleźć tego posta) pojawił się przepis na te placuchy, a ja od razu go pochwyciłam. Jak tylko zostały ziemniaczki z obiadu wzięłam się do dzieła. Nie wiem tylko czy przepis jest dokładnie taki jak jego pierwotnej autorki, ja zrobiłam tak jak napisałam poniżej i wyszło bardzo fajnie.
Zagniatam ciasto z ugotowanych ziemniaków, mąki i mleka. Celowo nie podaje proporcji, bo przecież to zależy od ilości ziemniaków. Ciasto ma być tak wyrobione żeby nie kleiło się do łapek. Następnie odrywam kawałek ciasta i go rozwałkowuje na grubość ok 0,5 cm. Autorka przepisu wykrajała motylki, przy pomocy foremki, co bardzo mi się spodobało, ze względu na małe dziecko w domu :) Ja z braku takowej foremki, wycięłam  kwadraty radełkiem :) Po wykrojeniu, usmażyłam do zarumienienia na patelni. 
Placuszki (w smaku nieco podobne do ciasta pierogowego) są smaczne i na ciepło i na zimno, ale to tak naprawdę może to być tylko baza. Synek jadł (aż mu się uszki trzęsły) posypane cukrem pudrem. Ja popijając mlekiem. Ale myślę, że śmiało można je połączyć na przykład z wędzonym na zimno łososiem, jakimś pikantnym sosem albo z twarożkiem czy jakąś konfiturą. Smacznego! 
A autorce przepisu jeszcze raz serdecznie dziękuję za fajny pomysł :)





czwartek, 20 lutego 2014

Nadal w różanym klimacie oraz nowe czytadło

   Kiedy portret synka skończony, mogę z czystym sumieniem zasiąść do rozpoczętego haftu na płótnie. Wczoraj wieczorem udało mi się dodać listki i róże - wymyśliłam sobie, że będą białe, bo pasowały mi do, wybranego wcześniej koloru kosza. Przypominam, że to moje pierwsze kroki na płótnie, ale zaczyna mi się to podobać :)

Kilka nowych xxx  haftu na płótnie

   A kwiatuszek od mężusia dostał nową doniczkę, bo się biedak cisnął w tej malutkiej, czarnej, ogrodniczej. I teraz dumnie zdobi moją kuchnię :)
 
Różyczki w nowej odsłonie

   Skończyłam czytanie "Zabawy w chowanego" M. J. Clark. Powiem Wam, że książka naprawdę mi się spodobała. Trzyma w napięciu i w zasadzie podejrzany o dokonane zbrodnie jest prawie każdy bohater. Mało, która postać ma tu czyste sumienie. Ale stażystka z telewizji rozwiązuje zagadkę, chociaż winnym okazuje się ktoś, kto w ogóle nie był w kręgu podejrzanych :) Moim zdaniem warto książkę przeczytać :)
A, że książki z biblioteki mi się "skończyły", sięgnęłam po moje "awaryjne" zapasy (zawsze mam jedną czy dwie nieczytane książki w zapasie, żeby móc po nie sięgnąć np. gdy nie mam możliwości zawitania do biblioteki). Jakiś czas temu pojawiła się nowa kolekcja z serii "Historie prawdziwe", a że pierwsze dwa tomy miały okazyjną cenę, dołączyły do mojej kolekcji. Wczoraj wieczorem zaczęłam "Dziecko" T. L. Hayden. Dziś za mną już 100 stron, bo tak dobrze się ją czyta. Jest to opowiadanie o nauczycielce, która opiekuje się grupką małych dzieci (6-9 lat). Jej klasa jest bardzo specjalna, bo dzieci te mają za sobą ciężkie chwile, są słabo rozwinięte, nieufne, niektóre nie radzą sobie nawet z podstawowymi czynnościami jak jedzenie widelcem czy korzystanie z toalety. Jak na razie dla mnie książka rewelacyjna i z dużą ciekawością czekam jak opowieść się skończy. Tym bardziej, że za tą historią kryją się prawdziwi ludzie :)


"Dziecko" T. L. Hayden


Biszkopt z gruszką, czekoladą i jogurtem.

   Pisałam, że w weekend wybieramy się w odwiedziny do rodzinki. Siłą rzeczy powstał smakołyk do kawy - moja improwizacja, ale całkiem niezła :)
Zaczynam od zrobienia biszkoptu. Na początek ubijam pianę z białek z 4 jajek (jajka prosto z lodówki, piana ubijana z odrobiną soli). Do piany dodaję 4 żółtka i 1/2 szklanki cukru i ucieram razem. Dodaję 1 szklankę mąki, łyżeczkę proszku do pieczenia, łączę składniki mieszając mikserem. Warto mieszać chwilkę dłużej, ciasto się "napowietrzy", ładniej urośnie. Wlewam ciasto do wysmarowanego margaryną i posypanego mąką prodiża i piekę 20 min w około 200*C.
Następnie na małym ogniu, rozpuszczam w rondelku, na niewielkiej (2-3 stołowe łyżki) ilości mleka,  tabliczkę mlecznej czekolady (łamię ją na małe kawałki i co jakiś czas mieszam, dzięki czemu szybciej się rozpuszcza). Kiedy czekolada, się rozpuszcza, obieram sporą gruszkę ze skórki a następnie kroję ją w małą kostkę. A kiedy czekolada się upłynni, wrzucam do niej moją pokrojoną gruszkę i mieszam składniki. 

Gruszka z czekoladą

Powstałą masę wylewam na letni biszkopt ułożony w tortownicy. Następnie nakłuwam biszkopt widelcem, tak aby czekolada trochę w niego wsiąkła. Teraz została już tylko masa jogurtowa. W miseczce, w 1/2 szklanki ciepłej wody rozpuszczam dwie płaskie łyżeczki żelatyny.  Następnie dodaję jeden duży jogurt gruszkowy i dokładnie mieszam. Nie słodzę, bo owocowe jogurty już są słodkie, a przy czekoladzie lepiej chyba, żeby ta kolejna warstwa nie była za słodka.

Masa jogurtowa i biszkopt z gruszką i czekoladą

Jogurtową masą zalewam biszkopt z gruszką i czekoladą, wstawiam do lodówki, żeby zastygła.

Ciasto po zastygnięciu

Niestety nie zrobiłam zdjęcia już po pokrojeniu. Ciasto zostało podarowane, jak wspomniałam na początku, więc chyba nieuprzejmie byłoby je obfotografowywać. Uwierzcie, więc na słowo, że wyszło całkiem fajnie :) Smacznego!