
Dziś powitały Was plenery z naszego weekendowego spaceru po
Parku przy letniej rezydencji J.K. Branickiego. Nie wiem jak Wy, ale ja w takich miejscach zawsze czuję się zrelaksowana. Taka zieleń uspokaja, odpręża i na dodatek świetnie dzięki niej odpoczywają oczy :) Fajnie, że takie zakątki jeszcze da się znaleźć, chociaż ten u nas trochę zasmuca, bo niestety nieco niszczeje i na dodatek nie ma nawet porządnej ławki, by chwilę sobie przysiąść. Zawodni są jednak ludzie, a przyroda zawsze staje na wysokości zadania :)
Naładowana pozytywną energią, pokusiłam się, tym razem, o małe hafciki. Powstały dwie różyczki, które trafią na karteczki. Różyczki przy okazji są troszkę "eksperymentem". Wyszywam trzema nitkami muliny bez względu na rodzaj kanwy. Wiem, jednak, że wiele hafciarek na Aidzie 16 (na której ostatnio i ja pracuję) wyszywają dwiema nitkami. Chciałam, więc spróbować jak to wygląda, czy nie ma prześwitów itd. Szczególnie z perspektywy planowanego hafciku z krajobrazem. Oto co z tego "eksperymentu" wyszło ...
Wzorek odkserowany z jakiejś szydełkowej gazetki, wyszyty dwiema nitkami mulinki nieznanego pochodzenia, na Aidzie 16.
Co do wyszywania tylko dwiema nitkami, to moje spostrzeżenia przy tych małych haftach, są takie, że na pewno 3 i 4 wkłucie igły w oczko kanwy nie sprawia kłopotu, a sam hafcik jest delikatniejszy.
Moje Wiedźmy, pokazały mi, że da się i można dwoma niteczkami i nawet przy dużych obrazach efekt jest fajny. A Wy co o tym myślicie?
Natomiast we wtorek odwiedzili nas dawno niewidziani Znajomi, którzy tylko na chwilę przylecieli do Polski, więc dla ich Synka powstał jeszcze jeden hafcik. Najpierw powstał lewek ( IM 2/6 HP 4/2014) z imieniem, a potem całość trafiła na ręczniczek. Wydaje mi się, że prezencik się spodobał, mam też nadzieję, że się także przyda.

Czytelniczo natomiast wzięłam się za "Miasto 44" M. Mastalerza, na podstawie filmowego scenariusza J. Komosy. Samo wydanie jest ciekawe, bo wzbogacone o zdjęcia - kadry z filmu. Książka napisana jest z perspektywy młodych ludzi, a czasem dzieci, walczących często gołymi rękami przeciwko niemieckim czołgom. Nie jest łatwa, bo i nie były takie tamte czasy. A dodatkowo, kiedy jako mama, czytam opis sytuacji z perspektywy małego dziecka, a następnie to dziecko ginie, tak brutalnie i bestialsko, to mi się, aż serce kraje. Oj ciężkie to były czasy i naprawdę dziękuję Bogu, że moje dziecko jest bezpieczne, że wiem co się z nim dzieje, że mogę o nie zadbać i pomóc kiedy tego potrzebuje. Filmu "Miasto 44" nie widziałam i nie zamierzam oglądać, a co do książki, to Wam pozostawiam decyzję o jej przeczytaniu lub nie...

A na koniec jeszcze, by nie pozostawiać Was tylko ze smutnymi refleksjami wynikającymi z czytadełka, pochwalę się nowymi nabytkami :) Nożyczki do papieru z ciekawym wzorkiem, "wyłapane z promocji" w jednym z marketów oraz jeszcze jeden dziurkacz, tym razem kątowy, bo wycina kwiatek na rogu kartki. Ale już odkryłam, że po zdjęciu czarnego ogranicznika, świetnie nadaje się także jako dziurkach brzegowy.
Wiadomo, takich gadżetów nigdy dość! Szczególnie kiedy ktoś tworzy swoje karteczki :)
Dziś już kończę, ale zapraszam Was na piątek, na biszkopt z jagodami.
Pozdrawiam serdecznie i cieplutko!